Wpadki i draki

Inaczej skończyła się przeprowadzka pewnego bogatego, syna jeszcze bogatszego ojca, Jamajczyka, który przybył do naszego kraju studiować wieczorowo medycynę (koszt 1. semestru - 20.000 zł) I dobrze się zabawić. Szło mu dobrze, aż do czasu owej nieszczęsnej, feralnej, pechowej przeprowadzki. Wszystko zło normalnie - zapłacić zaliczkę, wskazał rzeczy i adres ,na jakimi mieliśmy je dostarczyć. Nawet sam pomagał pakować niektóre paczki, twierdząc, że są tam bardzo delikatne sprzęty elektroniczne. Po dość krótkim i szybkim ładowaniu ruszyliśmy w trasę. Zleceniodawca siedział sam z tyłu, twierdząc, że chce na wszystko uważać - nasz klient nasz pan powiedziałem sobie i pozwoliłem. Po chwili jednak zapukał, mówiąc, że musi na stację benzynową do toalety. Posłusznie zjechaliśmy, on wyskoczył jak oparzony i pognał do sracza. Stojący obok patrol policji zainteresował się tym widokiem, ale udzieliliśmy im niebiednych wyjaśnień. Gliniarze już wracali, gdy ich pies zaczął gwałtownie oszczekiwać ładunek. Wskoczyli na pakę i zaczęli przeszukania, a w tym samym momencie właściciel wracał z kibelka. Gdy tylko ich zobaczył wykonał sprinterski zwrot i pognał przed siebie, prosto w ramiona drugiego, zawiadomionego przed chwilą patrolu.